Targi MOMAD Madrid

Bilety, hotel, cargo załatwione! Można lecieć.
Ale zanim na lotnisko trochę nerwów.
Nasze piękne zdjęcia przeniesione na płótno, które stanowi ściany naszego stoiska nie dojechało! Ale jak tu się nie denerwować, kiedy po dwóch miesiącach przygotowań do prestiżowych targów, a przy samym finiszu ktoś zawala sprawę, czy zostaniemy bez ścian?

Pierwszy dzień.

Chłodny wrześniowy poranek wita nas na lotnisku w Balicach, cała ekipa silna, zwarta i gotowa. Niestety nastroje nie najlepsze. Nie wiemy czy będziemy mieć piękne stoisko czy oświetlony szkielet? A miało być tak pięknie…
Trudno! Co ma być to będzie. Lecimy…
Słońce i upał w Madrycie, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni.
Transfer do hotelu, potem z hotelu wyjazd na targi, odbiór cargo i możemy rozkładać nasze nowe stoisko, które nie wiemy jak w końcu będzie wyglądało. Cała reszta przyjechała w całości więc montujemy, to co możemy. Na dziś koniec pracy. Targi startują jutro rano a my mamy jeszcze czas żeby pojechać do centrum i powiedzieć Hola Madrid!
Centrum zapchane zamaskowanymi ludźmi (widok apokaliptyczny) oraz taką ilością taksówek której nigdy nie widzieliśmy. Czas na kolację. I to właśnie tutejsze jedzenie jest dla nas największą atrakcją!

Dzień drugi.

Rano na recepcji hotelu Marriott czeka na nas przesyłka. Ściany! Dotarły jakimś extra hiper szybkim kurierem, ale są!
Z hotelu na targi jest tylko dziesięć minut drogi samochodem. Hala wystawowa olbrzymia i doskonale oświetlona co jeszcze powiększa ją optycznie.

Uwijamy się jak Speedy Gonzalez aby nasze stoisko było tak piękne jak zakładaliśmy. I w końcu jest, najpiękniejsze stoisko na targach.

Mnóstwo ludzi , zainteresowanie spore co nas cieszy, ale Hiszpanie z angielskim na bakier więc kilka razy idzie w ruch translator w telefonie. Nawiązujemy bardzo miły kontakt z naszymi sąsiadami z Argentyny. Ta sama branża , piękne torebki ze skóry ale w innym niż nasze produkty klimacie. No właśnie ludzie, rozmowy, ulotki i katalogi, znowu rozmowy. Już w pierwszym dniu kilka ciekawych kontaktów z przedstawicielami madryckich butików, którzy byli zachwyceni naszymi wyrobami skórzanymi, jakością polskiej skóry i koncepcją małej manufaktury, która dostarcza najwyższą jakość. Już sobie wyobraziliśmy markę Lezerton na hiszpańskich ulicach.
Powoli kończy się dzień, natomiast koniec pracy, nie oznacza końca dnia. I tu po raz kolejny trafiamy na kulinarną ucztę. W sąsiednim budynku hotelu znajdujemy prawdziwie hiszpańską restaurację z kucharzami gotującym na żywo i serwującymi chyba najlepsze steki w tej części Kastylii, chyba bo ta podróż nie dobiegła jeszcze końca.
I tak po długim, męczącym dniu czas na odpoczynek.

Dzień trzeci.

Godzina 10, Hiszpanie chyba jeszcze śpią, więc korzystając z okazji, że odwiedziny naszego stanowiska zaczną się trochę później, idziemy kontynuować poznawanie się z innymi wystawcami, m.in. polskimi markami, znaleźliśmy także Polskie Stoisko Narodowe. Wpisujemy się na listę polskich wystawców.
Ulotki, uściski dłoni, rozmowy, katalogi, wizytówki, notatki w notesie.
Nasi sąsiedzi z Argentyny proponują współpracę, importer wyrobów skórzanych z Włoch chce zamówić partię próbną, a właściciel butików na Wyspach Kanaryjskich jest bardzo zainteresowany naszymi torbami i plecakami w stylu vintage. Największe wrażenie zrobi na nim Torba weekendowa oraz mały plecak P04. Demonstrujemy im proces produkcji o wyboru naturalnej skóry budlęcej, aż do ręcznego szycia. Są zdziwieni, że taka mała manufaktura jak my, może tworzyć takie rękodzieła.
Czad! I tak ma być. Jak mawia Wojtek, trzeba kreować tematy…komsi komsi…
Dziewczyny ze Stoiska Narodowego odwiedzają nasze strefę z ręcznie robionymi produktami i nie ukrywają zachwytu, nie tylko produktami Lezerton, ale także niestandardową aranżacją naszej strefy. Zdradziły nam, że rzadko zdarza się, że wystawcy dbają o to by ich stoisko różniło się od standardu.
Dobrze, już dość wrażeń i pracy na dziś.
Pracy tak, ale wrażeń NIE. Przecież jeszcze zostaje kolacja. Znajdujemy miejsce gdzie jest mnóstwo restauracji obok siebie. Juhuuuu!
Ale smutek, jest sobota wieczór i wszystko zajęte lub zarezerwowane! F……k. Nie poddajemy się rzutem na taśmę znajdujemy wolny stolik i zamawiamy tyle tapas ile się na tym stole zmieści. A zmieściło się całkiem sporo. Kolejna kulinarna uczta zakończona najlepszym sernikiem jaki jedliśmy w życiu! Niebo w gębach!
Ale już dość na dziś, czas odpocząć.

Dzień czwarty.

Ostatni dzień targów, niedziela , ruch mniejszy niż w dni poprzednie, ale nie bez niespodzianek. Właściciel butiku z Barcelony jest po prostu zachwycony naszymi produktami, twierdził, że dawno nie widział podobnego stylu szycia oraz faktury skóry. Nasza skóra jest niepowtarzalna. Styl crazy horse, daje wrażenie nawet przy nowopowstałym produkcie, produkt ma już swoją historię. Uwierzcie, każdy wyrób jest niepowtarzalny i ma swoją duszę.
Kolejny kontakt złapany. Potem Wojtek udaje się na negocjacje z firmą z Ekwadoru, ciekawe co z tych rozmów się „urodzi”?
Dziś tylko do osiemnastej, ale pracy jeszcze sporo, trzeba spakować całe stoisko i produkty na jedną europaletę, a to nie lada wyczyn. Trzy dni targów, zleciały, jak to mówią wszystko, co dobre szybko się kończy. Mamy spory niedosyt.

Załatwiamy transport do magazynu i pora udać się na spoczynek. Dziś już bez kulinarnych odlotów.
No i niestety mamy ofiarę klimy. Wojtek kicha i prycha od kilku godzin. Niedobrze. Jutro rano samolot do domu.

Trzecia czterdzieści pięć, taksówka na lotnisko. Terminal numer cztery. Testy na covid negatywne. Trzeba dojechać na terminal pierwszy z którego mamy samolot do Monachium a to raptem jakieś osiem kilometrów! Zamówiony Uber krąży gdzieś koło nas i nie może dotrzeć.
Bierzemy taksówkę. Dojeżdżamy na terminal pierwszy a taksówkarz mówi trzydzieści euro. Co? Chyba trzynaście! Nie trzydzieści powtarza.
Spieszymy się. Nie tylko w Polsce są nieuczciwi taksiarze!
I nawet nie wiecie z jaką radością wracamy do Polski.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.